Filmowy złom

Postanowiłem podzielić się z Wami pewną historią z mojego życia, która zainspirowała mnie do poszerzenia własnej wiedzy w zakresie kinematografii oraz montażu filmów amatorskich. Chcę tym samym podkreślić, że pasja może czekać na człowieka w najmniej spodziewanym miejscu oraz momencie, tak jak było to u mnie. Ale może cofniemy się wpierw do początku tej historii, tak żeby wszystko było jasne.

Gimnazjum było dla mnie okresem wielu zmian, szczególnie pod względem psychicznym. Pamiętam doskonale swoje początki w nowej szkole, moment przejścia przez progi nowego i nieznanego mi wcześniej budynku. Pierwszy dzień był stresujący, nowe otoczenie, nauczyciele oraz rówieśnicy. Pierwszą lekcją okazał się WF, po dotarciu do sali kazano nam zająć miejsce w szatni i poczekać na powrót nauczyciela. Wszyscy zajęli miejsca i zapadła niepokojąca cisza, zrozumiałe, nikt się przecież nie znał. Ludzie patrzyli po sobie, aż nagle jeden z nich wypalił bez skrępowania z tekstem: „Gra ktoś z Was w LoL’a?”. Na imię miał Wojtek, wtedy jeszcze nie podejrzewałem, że nasze drogi tak mocno się zejdą. Ja, introwertyczny, cichy dzieciak i on, ekstrawertyk, który był klasowym cwaniakiem. Z pozoru w ogóle do siebie nie pasowaliśmy. Ale były to tylko pozory.

Miesiące mijały, a mój kontakt z Wojtkiem zaczął z czasem rosnąć, pomimo tego, że żyliśmy w dwóch odrębnych światach. Różnił nas światopogląd oraz zachowanie, ale wspólne pasje i zainteresowania dały światło na przyszłą przyjaźń. Jednym ze wspólnych cech, była chęć do zarobku, która rosła z wiekiem zarówno w nim, jak i we mnie.

Pewnego razu, Wojtek z entuzjazmem oznajmił, że wymyślił jak możemy się dorobić. Jego dom był świeżo po remoncie, o czym świadczyła masa złomu leżąca u niego na podwórku. Plan był prosty tylko pozornie, trzeba było bowiem wywieźć wspomniany złom do skupu. Problem leżał w tym, że skup był daleko, a nasze pojazdy ograniczały się do dwóch rowerów, z czego jeden z nich był już rdzewiejącym składakiem. Jednak ten fakt, nie powstrzymał nas, nasza determinacja była duża, chęć do zarobienia również. Tak więc, spotkaliśmy się, stworzyliśmy wymyślną konstrukcję ze złomu, zamontowaliśmy ją do roweru i powoli ruszyliśmy przez miasto do naszego celu. Wpadliśmy wtedy na pomysł, żeby uwiecznić podróż w postaci filmu nagranego po drodze. W końcu jak robić z siebie głupków, to po całości. Ludzie oglądali się za nami, wytykali palcami, a sama konstrukcja dała o sobie znać po drodze, nie obyło się bez małej demolki. Finalnie dotarliśmy zadowoleni do celu, po otrzymaniu pieniędzy, Wojtek zauważył jak pokaźny zysk jest w stanie wyciągnąć z takiej wywózki, natomiast ja spostrzegłem, ile radości daje mi późniejszy montaż zabawnego filmiku z naszej trasy. W ten sposób zaczęła się moja przygoda z montażem filmowym.

Wywózki złomowe nie zatrzymały się na jednym wyjeździe, było ich więcej, dzięki czemu powstała cała trylogia filmów o „Złomiarzu”. Były one satyryczne do bólu, ja natomiast zobaczyłem, że nowo odkryta pasja nie musi wcale się zatrzymywać i ograniczać do złomu. Dzięki czemu w efekcie powstawały kolejne filmy bazujące na prawdziwych pełnometrażowych filmach. Cały proces polegał na braniu oryginalnego zwiastuna danej produkcji, wstawianiu twarzy znajomych oraz nakładaniu napisów, które tworzyły fabułę związaną z wydarzeniami jakie miały miejsce w szkole.

W ten sposób tworzyłem filmy w gimnazjum, a następnie w liceum. Założyłem kanał na YouTubie i stronę na Facebooku tak, żeby więcej osób mogło śledzić moją działalność. Finalnie nastał rok 2020, a ja przeszedłem wiele życiowych zmian i postanowiłem, przemienić parodiowe „Kirchoffen Production” na nieco rzetelniejszy blog „W Drodze”. Stare filmy można oczywiście śledzić na kanale oraz stronce podanej w sekcji ‚O autorze’, to dla ciekawych moich początków.

Podsumowując, żeby nie zrozumieć mnie źle, absolutnie nie zachęcam nikogo do zbierania i wywożenia złomu, ponieważ nie jest to odkrywcze zajęcie. Tym tekstem miałem na celu pokazać, że pasję można znaleźć wszędzie i zawsze, nawet jeżeli się tego nie spodziewamy. Serdecznie do tego zachęcam, aby szukać swoich zainteresowań, gdyż to one kształtują człowieka i wpływają na jego rozwój osobisty. Można dzięki temu dążyć do mistrzostwa w danej dziedzinie, co jest dużym plusem.

Pozdrawiam, Krzysztof Snadny aka WDrodze

Wyprawa z Zatorem

Matura napisana, rok szkolny zakończony, wakacje rozpoczęte. Każda z tych myśli kiełkowała w mojej głowie, od razu po opuszczeniu terenu szkoły, gdy wychodziłem po ukończonej maturze z historii. Umysł, a także ciało pragnęło odprężyć się po tak długim czasie przygotowań i nerwów. Całe szczęście kolejna podróż stała już za rogiem.

Pakowanie przebiegło błyskawicznie, także ledwo co się obejrzałem, a byłem już w aucie z moim kumplem Grzegorzem. Jechaliśmy po resztę ekipy, Jasia oraz Kacpra. Naszym celem było dotarcie do Kokotka, jednej z dzielnic Lublińca, w którym to mieliśmy spędzić naszą pierwszą noc poza domem. Popołudnie zapowiadało się intensywnie, ponieważ przed nami było ok. 300 km jazdy autostradą. Wkrótce ruszyliśmy. Humory były świetne, pogoda piękna, a myśli o kolejnych świetnych dniach podróży dodawały wiele energii naszej ekipie. Nikt z nas nie podejrzewał, że cokolwiek może zepsuć nasze nastroje.

Niestety, po ok. 200 km naszej drogi, zobaczyliśmy na horyzoncie pierwsze zabudowania Wrocławia, lecz nie to nas zaniepokoiło, a fakt, że samochód zaczął samoistnie zwalniać. Delikatny stres zakradł się w nasze samopoczucia, pojazd zgasł, a my mogliśmy jedynie wykorzystać fakt bycia na wzniesieniu z którego mogliśmy zjechać poboczem. Postój był niezwykle sarkastyczny, gdyż auto padło przy samej tabliczce witającej wjeżdżających do miasta. Jedynie co mogliśmy zrobić to wystawić trójkąt ostrzegawczy i zajrzeć pod maskę. Olej był w porządku, wszystko wydawało się działać, lecz coś musiało wywołać te nagłe zatrzymanie. Postanowiliśmy zaczekać i dać autku drugą szansę, po prawie 0,5 h czekania, nasz kierowca, Grzegorz, wsiadł, włożył kluczyki w stacyjkę i odziwo, odpalił samochód. Zaskoczeni i uradowani, szybko zebraliśmy rzeczy, wpakowaliśmy się do wozu i popędziliśmy do miasta.

Pierwsze problemy

Wrocław to miasto, które od zawsze miało swoje miejsce w moim sercu. Piękne, stare zabudowania miejskie, ciekawa historia oraz wiele punktów rozrywki dla turystów, tutaj każdy mógł znaleźć coś dla siebie. My natomiast, mając na względzie szwankujący samochód postanowiliśmy nie zatrzymywać się, szybko przejechać przez miasto i czym prędzej udać się do naszego celu. Dużym błędem z naszej strony było powtórne wybranie autostrady jako naszej drogi.

Po zaledwie 50 km drogi, samochód znów zakrztusił się podczas wjazdu na pochyły teren. Całe szczęście, dał radę dotrzeć na górę wzniesienia, za którym naszym oczom ukazał się znany symbol złocistego ‚M’. Pomimo braku wsparcia silnika, auto mogło wykorzystać siłę pędu i dotoczyło się szczęśliwie do stacji. Nie mogliśmy uwierzyć naszemu szczęściu w nieszczęściu. Wóz dojechał idealnie na miejsce parkingowe, a cała procedura rozpoczęła się od nowa. Trzeba było ponownie poczekać, jeszcze wtedy wierzyliśmy, że postój będzie podobny czasowo do poprzedniego. Mocno się przeliczyliśmy.

Mały/wielki postój

Minęło 0,5 h, Grzegorz wsiadł za kierownicę i postarał się rozruszać nasz rydwan, lecz ten nie zareagował. Stres ponownie wkradł się do naszych serc. Postój przedłużał się, słońce chyliło się ku zachodowi, a my byliśmy na autostradzie po środku niczego z niesprawnym samochodem. Jednak w każdej sytuacji należy szukać pozytywów, tych nie zabrakło również i w tym zdarzeniu. Poznaliśmy Huberta, tirowca, który dał nam cenne wskazówki w związku z silnikiem oraz podniósł nas na duchu swoimi opowieściami o jeździe z kumplem po pijaku pod wieżą Eiffla. Wkrótce słońce całkowicie skryło się za horyzontem i mimo, że dni były długie, zaczynało się robić ciemno.

Po prawie 4 h postoju, finalnie udało się nam ściągnąć lawetę. Podróż chwilowo została zatrzymana, a wręcz cofnięta, bo wróciliśmy z powrotem do Wrocławia. Kolejny plus, pierwszy raz jechałem lawetą, kolejny minus było ciemno i zaczynało się robić zimno. Jednak dzięki zorganizowaniu i ogarnięciu sytuacji, równo o 23:30 zostawiliśmy nasz samochód w warsztacie i zostaliśmy odwiezieni do hotelu, który gwarantował nam darmowy pobyt. Byliśmy niezadowoleni, ponieważ nie osiągnęliśmy naszego celu i nie mieliśmy pojęcia czy w ogóle go osiągniemy, ale cieszyliśmy się z tego, że mogliśmy chociaż gdzieś się przespać. Nastąpiło to praktycznie od razu, zrzuciliśmy plecaki i padliśmy do łóżek, byliśmy wykończeni.

Nowy dzień zapowiadał nowe szanse. Po szybkim śniadaniu, udaliśmy się do warsztatu, samochód odpalił, lecz nawet mechanik nie potrafił stwierdzić powodu kłopotów. Nie pozostało nam nic innego jak zaryzykować i ruszyć dalej w drogę. Tym razem zrezygnowaliśmy z autostrad, omijaliśmy je z dala. Stworzyliśmy nowy system jazdy, co 100 km postój na 0,5 h, tak żeby auto mogło odpocząć. W ten sposób po całym dniu jazdy dotarliśmy wreszcie, zastosowany system zdawał się zdawać egzamin. Celem jednak nie był Kokotek, tylko Zator, miejscowość znana z Energilandii. Chcieliśmy wyluzować się tam po tych wszystkich przeżyciach. Szybkie ogarnięcie na miejscu, przygotowanie na kolejny dzień i już byliśmy w łóżkach.

Energiladnia była świetna, wielki park był zaskakująco atrakcyjnym punktem rozrywki. Wiele fajnych kolejek i zjeżdżalni, a wśród nich te najsławniejsze: Hyperion na którym kolejka rozpędza się do 142 km/h, Mayan znany ze swych przeciążeń dających się we znaki, Speed który nie zostawiał na człowieku suchej nitki. Jednak, żeby przekonać się, trzeba samodzielnie udać się tam i wypróbować te rzeczy.

Zator został przez nas osiągnięty, byliśmy zadowoleni, w tym ja, gdyż moja podróżnicza dusza była usatysfakcjonowana. Podróż jest czymś niespodziewanym, nie da się jej w pełni zaplanować, wszystko może się wydarzyć. Myślę, że nasza podróż jest bardzo dobrym argumentem dla tej tezy. Jednak takie przypadki nie powinny nas demotywować, w końcu dzięki nim mamy szansę poznać nowych ludzi, doświadczyć nowych rzeczy i przygotować się na przyszłość. Należy pamiętać, nauczyłem się tego od Huberta, że jeżeli nie zrobimy kroku w przód, nie zdołamy przekonać się o tym co jest za zakrętem naszej drogi.

To tyle, podróż do Zatora z pewnym zatorem po drodze, w mojej ocenie było warto. Pamietajcie, w podróży można poznać wiele ciekawych rzeczy, doświadczyć nieznanego i przede wszystkim, poznać samego siebie.

Pozdrawiam, Krzysztof Snadny aka WDrodze

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij